piątek, 3 kwietnia 2020

#3

Czasami nie chcę pisać, bo mam ogromny chaos myśli. Mimo to słowa tłoczą się w mojej głowie i domagają się posłuchu. Często pozwalam im przemijać, mając nadzieję, że kiedy będę ich potrzebować to powrócą i wybrzmią pełniej.



Jestem naprawdę zwyczajną dziewczyną i chyba w głębi siebie, taką chcę pozostać. Dziewczyną, która chce po prostu tworzyć, tak jak oddycha. Bez przerwy i naturalnie. Jednak moje ego jest większe niż przypuszczałam i niż można byłoby się po mnie spodziewać. Żyją we mnie mnich-przyrodnik oraz gwiazdor - despota. Nie są w stanie się porozumieć. Zresztą nic dziwnego. Odkąd jestem mamą ich konflikt ucichł, ale są momenty, gdy czuję jak na nowo rozdzierają mi duszę, a ja nie mam nic na swoją obronę. Jednak uczę się je ujarzmiać. Dzieci to najlepszy trener rozwoju osobistego.



Czasami mam problem z oceną, czy moje konkluzje są właściwe czy są tylko kolejnymi wymówkami, usprawiedliwiającymi moje postępowanie. Jednak myślę, że gdzieś po drodze, na przestrzeni lat, straciłam zapał i wiarę. Nie wiem dlaczego, wiele ważnych dla mnie spraw, utraciło sens. Może to naturalne. Dojrzałam i bardzo wiele zmieniłam, więc wiele pragnień, które napędzały mnie energią, po prostu zniknęło. Dziś wszystko jest inaczej niż jeszcze trzy lata temu. Ale co najważniejsze, bardzo cieszę się z tego.




Spotkanie właściwego człowieka odmienia całe życie. To zupełnie jak brakujący element w zębatce koła. Niby wszystko gra, ale jednak się nie kręci. Dopiero kiedy brakujący element wskakuje na swoje miejsce maszyna zaczyna działać i wykorzystywać swój potencjał. Moją drogę dzielę na dwa etapy. Ten zanim poznałam Leszka i ten odkąd jesteśmy razem. Myślę, że zbyt często mylimy słowo właściwy z idealny. Nie warto szukać kogoś idealnego, ale warto być z właściwym człowiekiem. Jak często tak się zdarza? Że jesteśmy z właściwymi osobami, że otaczamy się  właściwymi ludźmi? A jak wielki wpływ ma to na nasze życie?





Zanim jednak tak się stało, był czas kiedy bardzo w siebie wątpiłam. Tak jakbym odrzuciła całkowicie tą utalentowaną część siebie. Jakbym ją zupełnie wyparła. Taka strata, tyle zmarnowanego czasu. Jednak taka była moja droga i to wszystko doprowadziło mnie do tego, co mam dziś. Przede wszystkim wspaniałą rodzinę. Bardzo ich kocham, są dla mnie wszystkim.



Niestety człowiek ma zawsze głowę gdzieś indziej niż tu i teraz. Myślimy o tym czego nie mamy, obmyślając plan jak to zdobyć, podczas gdy dookoła jest tak wiele niewykorzystanego, zmarnowanego. Już od dawna upraszczam nasze życie na ile to możliwe. Łatwiej odnaleźć spokój, gdy uczciwość wobec samego siebie jest na pierwszym miejscu. Im mniej posiadamy, tym mniej mamy zmartwień. Jednak coraz częściej dostrzegam, że są ludzie, którzy lubią mieć zmartwienia. To sprawia, że nie muszą się konfrontować z samym sobą i po prostu zmieniać. Jednak taka też ich droga.



Póki co, skupiam się na najważniejszej roli jaką kiedykolwiek przyszło mi pełnić. I mimo to, że nie jestem już tak młoda, szczupła i ładna, to nigdy wcześniej nie byłam tak akceptowana i kochana przez bliskich jak dziś. A to daje wielką moc. To wystarczy. Być ważnym, kochanym i bezpiecznym. A reszta to tylko pejzaż.
***

NOTKA DZIEWIARKI

Sweter z włoczki Melody z Drops'a, zużyłam 5 motków. Ale miałam z nim zabawy. Pierwszy raz dziergałam od góry z rękawami w reglan. I jeszcze ta plisa...Wymyśliłam ją sama i zdaję sobie sprawę, że nie jest idealna, ale akceptuję to w pełni. Jeszcze na dodatek nie wiem dlaczego zapięcie zrobiłam od lewej strony a nie od prawej. Ale tak mi się podobało, więc tak zrobiłam i tak będę nosić :) Lubię go, jest ogromny, miękki i bardzo ciepły, w moich ulubionych kolorach. Jednak teraz zrobię coś z gotowego wzoru. Tylko nie mogę się zdecydować, co najpierw chciałabym...Może biały ażurowy sweterek na lato...

sobota, 29 lutego 2020

#2

Wiosnę czuję całą sobą. Powietrze pachnie inaczej. Naprzemiennie deszcze ze słońcem, tworzą, co chwilę podwójne tęcze nad naszym miastem. W sklepach Wielkanocne ozdoby i pełno roślin, niemal wszędzie ziemia kwiatowa w wielkich workach. Żółty i zielony w każdym zakątku!








Ostatnio czas ma dla mnie wiele wymiarów. Z jednej strony płynie leniwie, bo dni wypełnia ukochana rutyna. Karmienia, zabawy z dziećmi, pranie, kawa, spacery, a wieczorami druty i wspólne z mężem czytanie książek. A z drugiej strony czuję jakby to było wczoraj gdy opuszczałam szpital z małym Kosiem, a na dworze był niemiłosierny upał. A tu już koniec lutego, za nami pół roku najmłodszego, a Gaja za moment 2 latka. Co za liczba! Jak to się stało?






 Od tej wiosny będzie też u nas inaczej. Spełniłam swoje marzenie o działkowym ogródku. Serce mi rośnie, a w głowie huczy aż z podekscytowania. Gaja jest zachwycona, gdy poszliśmy tam pierwszy raz, chwytała za każdą furtkę i spoglądała na mnie, a ja mówiłam "To jeszcze nie ta..." Na miejscu od razu wzięła się za porządki i zbierała wszystkie możliwe patyczki. To jej ulubione zajęcie na dworze. No i kałuże. Mąż dumny, bo działeczkę wybrałam nam naprawdę wspaniałą. Oboje poczuliśmy ogromne wzruszenie, zwłaszcza na myśl o tych wszystkich chwilach, które tu z dziećmi spędzimy. Zbieranie wspomnień jeszcze nigdy nie miało dla mnie takiej wartości jak teraz. Ogromna wdzięczność!






 Nauczyłam się też zatrzymywać ulotne chwile by poczuć je całkowicie. Sekundy, w których sobie myślę, tak teraz jestem szczęśliwa, właśnie teraz! I trwa to póki z tego błogiego stanu nie wyrwie mnie krzyk, któregoś z dzieci. A krzyczą całkiem sporo i niemal bez przerwy... Nie wiem jak ja jeszcze normalna jestem...Boję się, że zanim dorosną to już będę głucha :) Gaja to typowy mały choleryk i numer z niej prawdziwie wystrzałowy, do tego, te niewinne oczęta i usta jak malinki. Jest boska. A Kosma to tak pogodne i uśmiechnięte dziecko, że aż trudno uwierzyć. Jednak temperament, choć spokojniejszy, także ma gorący. Obserwowanie ich to niesamowite doświadczenie. Bycie z nimi to najważniejsza rzecz jaką kiedykolwiek w życiu robiłam.





Żyje nam się tutaj naprawdę dobrze. Spokojnie i bezpiecznie. Pamiętam, że kiedy podejmowaliśmy decyzje o wyjeździe nie bałam się czy to dobrze czy źle. Bardzo mnie zaskoczyło, jak szybko poczułam się tutaj jak w domu. A teraz gdy są z nami dzieci to już totalnie.




Tak więc czas mija i cieszę się, że mimo natłoku zajęć mobilizuje się i zatrzymuję na zdjęciach te drobne momenty. Wiem, że gdy kiedyś na nie spojrzymy, dzięki nim, przypomni nam się o wiele więcej.
***

NOTKA DZIEWIARKI

Jak ja kocham ten szal! Ta wełna jest wspaniała. Bardzo ciepła, ale delikatna i lekka. Noszę go nieustannie, tak po prostu zamiast swetra. Uwielbiam się nim otulać, a jest tak obszerny, że pomieści nawet nas troje. W sumie zużyłam 7 motków. Wzór zaczerpnęłam z fantastycznego magazynu, który odkryłam tutaj.
Kolejny projekt mam  już na drutach i nie mogę się doczekać kiedy go skończę. Będzie to sweter mojego pomysłu.

piątek, 24 stycznia 2020

#1

Dzisiejszy dzień należy do tych, które zdarzają mi się niezmiernie rzadko. Ciemne chmury mam nie tylko za oknem, ale także nad swoją głową. W sumie to nie wiem, jak to możliwe, że tak rzadko mam taki dzień, może z dwa razy do roku? No i niestety padło na dziś. Najchętniej schowałabym się pod koc i żywiłabym się tylko kawą oraz bułeczkami cynamonowymi, a żeby było tego mało, to oglądałabym bez przerwy filmy MaCenna Lee na Youtubie.



Byłoby pięknie...Ale nie mogę. Po pierwsze opiekuję się dziećmi, a po drugie mam tak paskudny nastrój, że z pewnością ciasto drożdżowe na bułeczki by nie wyszło...Tak więc, robię program minimum. Oglądam z dziećmi bajki. Aha i jem czekoladki. Wiem, że jutro wstanę i po chandrze nie będzie ani śladu. Poza tym mam wspaniałego męża. Pociesza mnie jak może: Anno, Aneczko, Aniu, kochanie... Co z tego, że zamiast ryżu ugotował mi kaszę i wyrzucił przyprawę curry, którą dzisiaj koniecznie musiałam użyć! Cokolwiek się dziś wydarza urasta do rangi dramatu. Ale to przejdzie. Pisanie mi zawsze pomaga.



Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem ponownego blogowania. Brakuje mi tego. Mam bardzo dużo pomysłów i mimo, że nie publikowałam przez ostatni rok, to bezapelacyjnie, był to najbardziej kreatywny rok jaki pamiętam. Dużo uwagi też poświęcam na urządzanie naszego mieszkania. Wkładam w to dużo serca, bo jest to teraz dla nas najważniejsza przestrzeń. Tu tworzą się wspomnienia naszych dzieci. Tutaj spełnia się nasze marzenie o rodzinie.


Sama, także czasem lubię obejrzeć i poczytać starsze posty. To miłe i pokrzepiające. Na rok 2020 mam już zaplanowanych przynajmniej z 10 projektów z wełny (pierwszy już zaczęłam). Zamierzam także wrócić do rysowania i szycia.
Rysownie i szycie było kiedyś moją ogromną pasją.



Odkąd zaczęłam urządzać pokój dla dzieci wiedziałam, że wszystko, co będzie możliwe wykonam sama. Marzyłam o baldachimie nad łóżeczkiem dla Gai. Oczywiście nie chciałam kupować, tylko uszyć samodzielnie. To było nie lada wyzwanie i gdy tylko o tym myślałam moje podekscytowanie sięgało zenitu. Zwłaszcza stworzenie wykroju kopuły baldachimu było bardzo trudne. Sporo się natrudziłam, ale z gotowego efektu jestem bardzo zadowolona. 




Zależało mi także aby łatwo można było go ściągnąć i wyprać. Całość dopełniły lampki, które także sprytnie udało mi się zamontować pod baldachimem. Kolor muślinu jaki wybrałam także nie jest przypadkowy. Od początku w mojej głowie widziałam kolor karmelowy. Uszyłam także pościel i już wiem, że uszyję jeszcze nie jedną.



Jak to w styczniu bywa rozmyślam nad tym czym zapełnię ten rok. Z pewnością priorytetem są dzieci. Jestem z nimi i cała dla nich. Jednak pamiętam o równowadze i będę realizować swoje projekty, bo to sprawia, że czuję się prawdziwie żywa, autentyczna. Chciałabym także przeczytać wiele książek, ale jestem realistką i wiem, że ogromnym wyzwaniem będzie, gdy uda mi się przeczytać choćby jedną miesięcznie. Głównym też zadaniem jest mój powrót do formy, ponieważ te dwie ciąże rok po roku bardzo odbiły się na moim zdrowiu i wyglądzie. Będę starała się blogować regularnie. I chyba jest to najbardziej ryzykowne noworoczne postanowienie!

***

wtorek, 27 marca 2018

CZAS OCZEKIWANIA - KOCYK DZIECIĘCY

Regularność w pisaniu nie jest moją mocną stroną, mimo, iż wiem, że z pewnością w ten sposób zdobywałabym więcej czytelników. Jednak to nigdy nie było celem tego bloga. Piszę z wewnętrznej potrzeby, gdy faktycznie mam coś do powiedzenia. Inaczej jest z dzierganiem, tutaj cały czas mam coś na drutach lub na szydełku. Kocham to robić i nie wyobrażam sobie przestać. I tak w międzyczasie powstał kanarkowy sweter na szydełku, czapeczka dla niemowlaka, łapacz snów z pomponów, a także kocyk dziecięcy, który dziś chciałabym pokazać.




 Czas, który teraz przeżywam jest zdecydowanie najbardziej zaskakującym doświadczeniem w moim życiu. Mnóstwo różnych, często skrajnych emocji, wiele ważnych tematów do przemyśleń. Lęk pomieszany z radością. Czasami czuję się słaba i przestraszona, na szczęście, częściej silna i pełna wiary. I oczywiście czekam...To już z pewnością niedługo, choć miało być szybciej, przez co jestem trochę zniecierpliwiona, jednak najważniejsze, że jesteśmy zdrowe. Zawsze doceniałam swoją sprawność i brak chorób, ale nigdy jeszcze nie czułam tak mocno, że tak wiele od tego zależy.


Nie sądziłam też, że czas oczekiwania będzie dla mnie okazją do ciszy i spokoju, że nagle swój wewnętrzny świat będę chciała zatrzymać tylko dla siebie i że tak trudno będzie mi opisać, co myślę i czuję. Jednak przyjęłam to z pokorą i po prostu dałam się ponieść codzienności, która teraz jest bardzo prosta i przewidywalna. Z ogromną przyjemnością czytam filozoficzne rozważania, oglądam obyczajowe filmy i gapię się w okno na chmury. 


Jednak to, co jest teraz najpiękniejsze w tym czasie, to moja relacja z najważniejszym mężczyzną w moim życiu, z moim mężem. Jest dla mnie ogromną radością, wsparciem i nieustannym źródłem siły i przyjaźni. Jestem za to ogromnie wdzięczna. Wybraliśmy się w tą podróż razem, świadomi jak trudne mogą nas czekać chwile, ale też z wielkim pragnieniem stworzenia życia o jakim zawsze marzyliśmy. I tak idziemy, krok po kroczku. Starając się robić wszystko najlepiej jak umiemy. I mam nadzieję, że o to w tym chodzi :)


 NOTKA DZIEWIARKI

Kocyk wykonałam ze wspomnianej już wcześniej włóczki DROPS, Flora i Nord. Są to najcieńsze z zamówionych przeze mnie włóczek, dlatego też robiłam z podwójnej nitki przy drutach nr 4, tzw. ryżem. W sumie zużyłam 6 motków, każdy po 50g na wymiar ok. 70x100cm. Kocyk jest miękki, nie za ciężki, rozciągliwy. Jestem ciekawa czy będzie trzymać kształt. Na szczęście jest ciepły i miły w dotyku. I choć bardzo przyjemnie się zachowuje w robótce, to jednak nie wybrałabym tej włóczki na część garderoby, jak sweter. Wiele także okaże się podczas użytkowania i prania. Jednak jedno jest pewne, moja Maleńka będzie miała wyjątkową pamiątkę, a ja cieszę się, że mogłam to dla niej zrobić.

***

czwartek, 14 grudnia 2017

PRZEMIJANIE - JASMIN BLANKET

Kiedyś często myślałam w kategoriach: początku i końca, o sprawach, którymi jest wypełnione nasze życie. Małe kroki, a z nich większe etapy, aż mijają lata, a potem dekady i w końcu nasze życie. Zazwyczaj, gdy coś się wydarza myślimy o tym, jak to się zaczęło lub jak to się skończyło. To, co pomiędzy, czyli tak naprawdę to, co najistotniejsze, często pomijamy. Zupełnie tak jakbyśmy jedli jabłko bez miąższu, tylko skórkę i ogryzek. Jak w taki sposób nie czuć żalu?  


Kiedyś bardzo długo patrzyłam wstecz, wciąż oglądałam siebie sprzed lat, oczywiście zazwyczaj z wyrzutem. Myślałam, że w ten sposób się czegoś nauczę. Ale tak naprawdę nie umiałam odpuścić, zaakceptować i chyba wydawało mi się, że myśląc o przeszłości wciąż jeszcze mogę coś zmienić, bo przecież niby wciąż tam jeszcze byłam, analizowałam, przeżywałam na nowo. 


Dziś staram się pamiętać o tym, że to, co jest teraz, jest najważniejsze. Jednak przemijania nic nie zatrzyma, choć lubię wierzyć, że są idee, wartości, które trwać będą niemal zawsze, póki człowiek będzie istniał. Nie jestem pesymistką, choć często mam refleksje nad smutnymi sprawami. Gdy myślę o śmierci, to mimo smutku, odzywa się we mnie ogromna wola życia i tym bardziej doceniam to, co mam i jak bardzo kocham. Mam ogromne szczęście, bo nie wypracowałam tego, po prostu tak mam. Wiem też doskonale, że pożegnania są okropne, ale są częścią naszego życia i najgorsze, co można zrobić to upierać się, że to nieprawda lub nie kochać aby się nigdy nie żegnać. 


Najtrudniej było mi zrozumieć, że nie można się kłócić z życiem, bo to zabija w nas cały potencjał z jakim przychodzimy na ten świat. Ten konflikt krzywdzi nas, w jakiś sposób okalecza. Bardzo trudno też zaakceptować mi nieszczęścia i tragedie, choć wiem, że tak naprawdę jesteśmy wobec nich bezsilni, więc szarpanie się, na nic się zdaje, a akceptacja uwalnia i pozwala na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Tego akurat wciąż się jeszcze uczę.


Trzeba zawsze pamiętać, że najpiękniejsze zawsze wydarza się pomiędzy, a śmierć nie przekreśla życia, które wciąż istnieje. Szkoda, że tak rzadko się uczymy już w szkole, że to droga się liczy, a nie start i meta. Zastanawiam się też kogo tak naprawdę bardziej żałujemy, siebie czy kogoś kto odchodzi, dla kogo już wszystko, co na tym świecie już się skończyło. Ból i tęsknota są nasze, ale jak pożegnać z szacunkiem przyjaciela, nie poddając się egoistycznemu poczuciu straty, bez żalu, że jesteśmy pozostawieni sami sobie; z myślą, że nic nie będzie takie samo i my sami musimy temu stawić czoło? Dlaczego tak rzadko dziękujemy za chwile, które były nam dane, które odmieniły nas na zawsze, które były radością i będą częścią nas mimo straty? Chcę pamiętać te wszystkie drobne - wielkie przyjemności, chwile spędzone razem i chce być świadoma jak wiele mi dały, jak ważne dla mnie były. 

NOTKA DZIEWIARKI

JASMIN BLANKET  to  mój dotychczasowy, największy projekt. Od początku wiedziałam, że będzie prezentem dla bardzo wyjątkowej osoby. Od dawna marzyłam aby nauczyć się tego ściegu, ale nigdzie nie mogłam znaleźć instrukcji. W końcu dzięki Pinterestowi trafiłam na jego nazwę i odnalazłam tutaj. Jest bardzo efektowny, choć trzeba przyznać, że pochłania dużą ilość włóczki, a w gotowej pracy nitki lubią się zaciągać. Jednak jest tak piękny, że wart jest zachodu. Sprawił mi ogromną przyjemność w chłodne jesienne wieczory. Następnym razem zrobię taki dla nas.

Do następnego tygodnia!

***

czwartek, 7 grudnia 2017

POZIOM WYŻEJ - WŁÓCZKI DROPS

Tym razem postanowiłam napisać post typowo "dziewiarski". Zainspirowały mnie moje ostatnie zakupy włóczki firmy DROPS. Skusiła mnie do tego obecnie panująca obniżka 30 % na wszystkie motki zawierające tę cudowną i wychwalaną alpakę. Nigdy wcześniej nie pracowałam z produktami tej firmy, dlatego doszłam do wniosku, że czas zrobić rozeznanie i skończyć z etapem początkującej i zacząć inwestować w materiał, z którego tworzę. Na zakupy wybrałam nowo poznane miejsce w sieci Sklep-ik i jak się okazało bardzo dobrze trafiłam. Szybko i miło. Jestem bardzo zadowolona z jakości obsługi sklepu. 



Oczywiście najważniejsze to zawsze dobrać odpowiednią włóczkę do wykonywanej rzeczy, a następnie wzór i szydełko, bądź druty. Mogłoby się to wydawać nieistotne, ale robi często ogromną różnicę. Ceny włóczek mogą przyprawić o zawrót głowy, jednak w tym wypadku bardzo często cena jest adekwatna do jej jakości. I stąd na przykład mamy na rynku pełno niedrogich, pięknie wyglądających włóczek akrylowych. Kuszą strasznie. Ceną, wydajnością, bogatą kolorystyką. Jednak ich jakość i zadowolenie z późniejszego użytkowania są tak samo niskie jak ich cena. A przecież nasza praca włożona w dzierganie jest ogromna. Wiem, każdy chce zapłacić jak najmniej, ale jednak nie zawsze się to opłaca. Ciekawie o akrylu pisze Iwona Eriksson z bloga Drutoterapia do którego chętnie zaglądam po porady.


Mimo wszystko moje zdanie, co do akrylowych włóczek nie jest aż tak surowe. To wdzięczny i dobry materiał do nauki i testowania swoich możliwości. Jednak fakt, rzeczy z niego zrobione nie będą nas długo cieszyć i to jest mocno rozczarowujące, zwłaszcza gdy tą rzecz pokochamy lub chcemy dać w prezencie.



Zacznę od tych, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie. Są to włóczki Melody, Baby Merino, Puna i Lima. Przede wszystkim są niesamowicie miękkie i delikatne, zwłaszcza Baby Merino i Puna, wręcz idealne dla dzieci. Melody jest do tego jeszcze bardzo puchata, jakby moherowa. Już nie mogę się doczekać swetra z tej włóczki. Lima wydaje się być wełną najbardziej uniwersalną, zaplanowałam z niej rękawiczki.



Obiecująca jest także Brushed Alpaca Silk i Alpaca. Obie bardzo delikatne, cienkie, a także lekkie. Ogromnie szykowne.
Co do Flory i Nord to nie wiem dlaczego, ale nie spodziewałam się, że będą takie cienkie, zwłaszcza Nord, która jest faktycznie idealna na skarpetki. Jednak poza tym jakościowo robią bardzo dobre wrażenie.


Jeszcze nie mam dokładnej wizji, co do przeznaczenia każdej z nich, ale z pewnością będę o tym pisać, a także postaram się o bardziej szczegółowe recenzje na ich temat. To, co najfajniejsze, to że bardzo ucieszyły mnie te zakupy. Myślę, że dla każdej dziewiarki kupowanie włóczki i planowanie, co z niej powstanie to ogromna frajda. Ja to po prostu uwielbiam. 

Do następnego tygodnia!

***